Czytelnia Kiosk24.pl

Budynek nie jest przestrzenią publiczną (03/2010)

Miesięcznik Finansowy Bank | 29 wrzesień 2010


Miesięcznik Finansowy Bank

Zamów prenumeratę tego tytułu

* Pokazana okładka tytułu jest aktualną okładką tytułu Miesięcznik Finansowy Bank. Kiosk24.pl nie gwarantuje, że czytany artykuł pochodzi z numeru, którego okładka jest prezentowana.

Z architektem Jakubem Wacławkiem o wpływie banków na przestrzeń publiczną rozmawia Jan Osiecki

Jaki jest pana ulubiony styl bankowy?

- Niemiecki. Gmachy zaprojektowane przez Karola Schinkla. To budynki bardzo solidne, mające grube mury, potężne gmachy, do budowy których użyto bardzo dużo kamienia.

A w Polsce z czasów II RP?

- Powstało kilka pięknych budynków - choćby BGK czy cały zespół budynków dla PKO w Warszawie, z których ocalałą po wojnie część dziś zajmuje Poczta Główna na rogu Świętokrzyskiej i Jasnej. Do tego ostatniego mam zresztą sentyment z powodów osobistych. Ten gmach projektował mój dziadek Józef Handzelewicz. Proszę zwrócić uwagę, że te budynki w mniejszym lub większym stopniu przetrwały wojnę i zniszczenie Warszawy. Bo były to budowle monumentalne, wykonane z dobrych materiałów, wspaniale zaprojektowane. Dziś bardzo dobrze się starzeją.

Teraz banki to nowoczesne bryły ze szkła i stali. Są jednak wyjątki. W Warszawie centrale BRE BANKU oraz Citi Handlowego znajdują się w odbudowanym specjalnie na ich potrzeby Pałacu Jabłonowskich.

- Wszyscy czekali, aż wreszcie zostanie odtworzona północna pierzeja Placu Teatralnego. I dobrze, że tak się stało, choć pałac został zrekonstruowany dopiero pod koniec lat 90. ubiegłego stulecia.

Po głosie sądzę, że chyba nie do końca jest pan zadowolony?

- Podczas odbudowy popełniono niestety trochę błędów architektonicznych. Można np. zaobserwować w kilku miejscach stropy, które "uderzają" w okna.

Tylko o to chodzi?

- Nie! Przede wszystkim żałuję, że w pałacu znajdują się tylko i wyłącznie banki.

Dlaczego?

- W związku z takim, a nie innym przeznaczeniem ten obiekt stał się biurowcem mało związanym z fasadą. Ten budynek nie jest przestrzenią publiczną. Przyznam się szczerze, że nigdy tam nie byłem. Nie mam konta w Citibanku, więc czuję, że nikt mnie tam nie zaprasza.

Do banków podchodzimy z "pewną nieśmiałością"? Mało kto odważy się wejść do gmachu Citi Handlowego, żeby zobaczyć, jak budynek wygląda w środku?

- Tak! Zdecydowanie. Biurowce to nie muzea, więc wszyscy zdają sobie sprawę, że w środku jest ochrona - potencjalny zwiedzający będzie czuł się jak intruz. A do tego może dojść jeszcze pewien aspekt psychologiczny.

To znaczy?

- Większość ludzi nie należy do grona zamożnych. W związku z tym, kiedy muszą korzystać z usług banków, to instytucje te nie kojarzą się im najlepiej. Po prostu zazdrościmy bogatym. Zastanawiamy się, skąd banki czerpią zyski, z czego finansują te budowle. I tak zaczynają traktować budynki banków, które są gmachami reprezentacyjnymi, ale w odczuciu ludzkim niosą gorsze skojarzenia niż teatr czy muzeum.
Banki powodują jeszcze jeden problem związany z przestrzenią publiczną.

Jaki?

- Coraz częściej - przede wszystkim na skutek coraz liczniej powstających galerii handlowych - znikają z ulic sklepy oraz zakłady usługowe. Ich miejsce natychmiast zajmują banki...

To źle? Właściciele zarabiają na czynszu, a przechodniów nie straszą puste witryny...

- Tylko że banki to instytucje, które po godzinie 16.00 najpóźniej 17.00 są zamykane. Z tego powodu codziennie w dość wczesnych godzinach popołudniowych czy wczesnowieczornych po prostu wymiera część placu czy jakiejś ulicy. Dlatego władze miasta muszą określić, ile miejsca chcą i mogą przeznaczyć na komercyjny wynajem. Z pewnością dzięki bankom mają określone przychody wpływające regularnie do kasy miasta bądź prywatnych właścicieli, ale liczbę likwidowanych sklepów i punktów usługowych na rzecz placówek bankowych trzeba jednak uregulować. Zresztą oddziały bankowe powstają zapewne tylko na okres przejściowy, bo już niedługo wszystkie usługi finansowe przeniosą się do internetu, więc tak liczna sieć fizycznych oddziałów straci rację bytu.

Taki problem pojawiał się już na warszawskim placu Wilsona, który został otoczony oddziałami banków. Mieszkańcy dość głośno i stanowczo protestowali, że zlikwidowano im wszystkie kawiarnie, które były miejscem spotkań. Jednak z drugiej strony dużo banków to też powód do chwały. Nie na darmo jeden z najważniejszych placów w Warszawie nazywa się Bankowy.

- Tyle że ta nazwa wywodzi się z dawnych czasów, kiedy banki budowano trochę inaczej.

Czyli jak?

- Tworzono ogromne siedziby banków, takie jak Bank pod Orłami czy bank na ul. Nowogrodzkiej. W monumentalnych gmachach, w ogromnych, pełnych przepychu salach kasowych, gdzie było bardzo dużo wszelkiego rodzaju stanowisk kasjerskich, obsługiwano codziennie ogromną liczbę klientów.
Dzisiaj banki wolą otwierać więcej, ale za to zdecydowanie mniejszych placówek. Takich, gdzie pracuje dosłownie od trzech do pięciu osób. Właściwie w pokoju, w którym rozmawiamy, można byłoby założyć punkt obsługowy dowolnego banku.
Z jednej strony jest to zjawisko korzystne, bo tworzy się dużo oddziałów, żeby każdy miał blisko. Dzięki temu klient w każdej dzielnicy ma do wyboru kilka placówek swojego banku. Jednak z drugiej strony wypierane są sklepy, cukiernie czy zakłady szewskie, których nie stać na płacenie windowanego w górę czynszu.

(...)

Artykuł w całości jako plik PDF do pobrania znajduje się w zakładce Opis w ofercie tytułu BANK Miesięcznik finansowy

Wróć do czytelni