Miesięcznik Finansowy Bank | 07 listopad 2007

* Pokazana okładka tytułu jest aktualną okładką tytułu Miesięcznik Finansowy Bank. Kiosk24.pl nie gwarantuje, że czytany artykuł pochodzi z numeru, którego okładka jest prezentowana.
Zbyt szybko nie wyhamujemy
Czy pogorszenie się relacji między dynamiką wzrostu wydajności i wzrostu płac osiągnęło już taki poziom, że można mieć uzasadnione obawy o wzrost inflacji i konieczność podwyżek stóp procentowych?
– Nie ma wątpliwości, że tak, chociaż trzeba pamiętać, że w gospodarce to nic niezwykłego. Płace rosną wraz ze wzrostem wydajności pracy, ale nie w sposób równomierny. Ich wzrostem kieruje mechanizm, który znają wszyscy ekonomiści – zwany krzywą Philipsa. Mówi on: jak jest w gospodarce źle, bezrobocie jest wysokie, wtedy płace stoją w miejscu lub rosną bardzo powoli. Natomiast gdy bezrobocie zaczyna spadać, wtedy gwałtownie przyspieszają – i z tym zjawiskiem mamy do czynienia w tej chwili. Oczywiście przekłada się to również na wyższą inflację i dlatego w ekonomii mówimy, że nie ma okresów idealnych. W gospodarce albo produkcja rośnie w sposób wolny i przedsiębiorstwa mają kłopoty ze sprzedażą, ale wtedy nie mamy zmartwień inflacyjnych, albo rozpędza się i wtedy natychmiast pojawia się inflacja. Myślę, że nawet bez patrzenia na dynamikę płac, wystarczy popatrzeć na bezrobocie, na dynamikę popytu, aby nie mieć wątpliwości, że na pewno jesteśmy w tej fazie cyklu, w której będziemy mieli coraz więcej zmartwień inflacyjnych.
Czy ewentualne podniesienie stóp procentowych może wpłynąć na osłabienie tempa wzrostu gospodarczego?
– Po to właśnie podnosi się stopy procentowe, zresztą istnieje cały szereg mechanizmów, za pomocą których bank centralny stara się hamować inflację. Jednak stopy procentowe podnosi się nie tylko po to, żeby gospodarka rosła wolniej, ale również po to, aby uczestnicy rynku wiedzieli, że bank centralny jest zdecydowany zwalczać inflację. Jest to rodzaj sygnału z jego strony. Ludzie bardzo często dostosowują swoje zachowanie niekoniecznie do tego, co już się stało, tylko do tego, czego oczekują w przyszłości. Jeśli bank centralny jest instytucją wiarygodną, to bardzo często wystarczy wysłać jasny sygnał – będziemy podnosić stopy procentowe, jeśli zajdzie taka potrzeba. Uczestnicy rynku biorą to pod uwagę już w tym momencie – nie czekając na to, aż się pojawią efekty w postaci spowolnienia gospodarczego. Jesteśmy jeszcze bardzo daleko od spowolnienia, w tej chwili raczej podwyżki stóp procentowych ze strony banku centralnego są bardziej swoistą gestykulacją, wskazywania, że idą gorsze czasy i przekazem, że bank nie zawaha się podnosić stóp procentowych. Nie jest to jeszcze działanie spowalniające gospodarkę. Gospodarkę mamy w tej chwili galopującą i nie ma wątpliwości, że stopy procentowe jeszcze w tym roku wzrosną o ćwierć czy pół punktu procentowego. To jednak jeszcze nie będzie miało tak naprawdę wpływu na spowolnienie wzrostu. Efekty pchające gospodarkę do inwestowania, do wzrostu są znacznie silniejsze, a oczekiwania przyszłych zysków są większe niż obawy przed tym, ile kosztuje kredyt. Jest to przy tym zapowiedź czegoś, co będzie się w najbliższych latach realizowało, czyli znacznie wyższych stóp procentowych, a w końcu rzeczywiście wolniejszego wzrostu gospodarczego.
Czy wobec wzrostu niepewności politycznej kurs złotego w dalszym ciągu będzie czynnikiem stabilizującym ceny? Jakie znaczenie w tej kwestii mają środki z funduszy Unii Europejskiej?
– Wielu polskich polityków może oburzyć się na moje stwierdzenie, podkreślam jednak: najwyraźniej dla uczestników gry rynkowej to, co się teraz dzieje w Polsce, wszystkie te zabawy polityczne po prostu nie mają najmniejszego znaczenia. Rynek bardzo ostro reaguje na zawirowania polityczne w momencie, gdy gospodarka jest na wirażu, na ostrym zakręcie, kiedy na przykład wchodzi w recesję lub gdy zbliża się do granic bezpieczeństwa, jeśli chodzi o deficyt obrotów bieżących, inflację. Krótko mówiąc, w momentach niebezpiecznych uważnie śledzi się to, co robią politycy. Natomiast jeśli gospodarka ma bardzo mocne fundamenty (a póki co tak jest), to szczerze mówiąc wszystko, co wyprawiają politycy mało kogo obchodzi.
Świadomie wyjaśniam cały ten mechanizm – z jednej strony staram się bowiem przeciwstawić sądom, iż każde zdanie wypowiedziane przez polityków zawsze się odbija w gospodarce. Wszystko zależy od konkretnej sytuacji. Ale z drugiej, również staram się rozpraszać, moim zdaniem zbyt naiwne przekonanie, które pojawia się u części analityków rynkowych – że polska gospodarka i złoty już się zupełnie odcięły od polityki i nie ma dla nich żadnego znaczenia, co się w niej dzieje. Teraz nie ma znaczenia, bo gospodarka jest mocna. Inwestorzy wiedzą, że niezależnie od tego, co zrobi rząd w ciągu najbliższego pół roku deficyt obrotów bieżących Polski i tak nie przekroczy trzech czy trzech i pół procent PKB w roku 2007, ani pięciu procent w roku 2008. Oznacza to, że na pewno nie nastąpi żadne załamanie gospodarki. Natomiast gdyby deficyt budżetowy wynosił już pięć czy sześć procent PKB, wtedy znacznie uważniej patrzyłoby się na to, czy jakaś zwariowana fala dodatkowych wydatków publicznych nie spowoduje jego pogorszenia, a w ślad za tym pogorszenia deficytu obrotów bieżących. Jesteśmy w dość szczęśliwym momencie. Złoty oczywiście jest walutą, która może trochę fluktuować, ale wydaje mi się, że fundamenty są na tyle mocne, że powinien on być dość stabilny, niezależnie od tego, co się będzie szykowało w polityce. Oczywiście można wyobrazić sobie jakieś scenariusze zupełnej katastrofy – polityków mówiących, że pięciokrotnie zwiększą deficyt budżetowy. Tego typu wizje przede wszystkim przerażają inwestorów portfelowych i rzeczywiście mogą spowodować gwałtowne reakcje, ale mam nadzieję, że takich rzeczy nie usłyszymy.
Jeśli chodzi o złotego, to jego siła i stabilność kształtuje się dzięki regularnym dochodom i wydatkom dewizowym – jest to zasługa nadal bardzo szybko rosnącego eksportu, przyspieszającego importu, dużych inwestycji bezpośrednich. Trzeba dodać, że w najbliższych latach znaczenie będą miały pewne czynniki, które pięć lat temu w ogóle nie istniały lub były obecne w niewielkim zakresie. Po pierwsze – napływ funduszy unijnych. Po drugie – dochody Polaków pracujących za granicą przekazywane do kraju i po trzecie – odpływ zysków z powodu tych wielkich inwestycji zagranicznych, które zostały w Polsce zrealizowane. Te trzy rzeczy działają w różne strony. Odpływ zysków powoduje, że złoty powinien być nieco słabszy, natomiast napływ pieniędzy unijnych i transferów od Polaków pracujących za granicą działa w stronę wzmocnienia złotego. Dzisiaj trudno jest jednoznacznie powiedzieć, który z tych trzech trendów przesądzi. Być może ułoży się tak, że będą się one w ciągu najbliższych kilku lat w znacznej mierze niwelować. Dzisiaj jeszcze tego dokładnie nie wiemy…
Kiedy będziemy gotowi na przyjęcie euro? Obecny rząd zadeklarował spełnienie kryteriów z Maastricht w roku 2009. Czy Pana zdaniem jest to realne?
– Ja bym powiedział inaczej. Myśmy już byli gotowi na przyjęcie euro. Bez żadnego wysiłku mogliśmy je przyjąć już w tym roku, a jeśli nie, to w 2008. Inflacja jest nadal niska. Politycy strasznie się obawiali ogromnych cięć wydatków potrzebnych do tego, żeby deficyt budżetowy zmieścił się w granicach przewidzianych przez traktat z Maastricht. Jak się jednak wydaje, już w tym roku pani minister Zyta Gilowska zostanie zaskoczona, że jednak wypełniliśmy to kryterium. Mówię tak, bo przecież jeszcze niedawno twierdziła, że stanie się to dopiero za dwa-trzy lata. Oczywiście nie możemy w tej chwili przystąpić do strefy euro. Trzeba było rok czy półtora roku temu związać z nim kurs złotego. Patrząc na stabilność kursu w ciągu ostatniego roku, nie ma cienia wątpliwości, że nie byłoby z tym żadnego problemu. Ten ostatni z warunków, którego brakowało, również bez żadnego kłopotu mogliśmy wypełnić. Stało się to, co zresztą wcześniej wielokrotnie powtarzałem: Polska bez żadnego wysiłku mogłaby mieć euro w roku 2008. Natomiast nie zrobiliśmy tego – przeoczyliśmy właściwy moment. Wcale nie jestem pewien czy w roku 2009 będziemy mogli spełnić wymagane warunki. Być może finanse publiczne, jeżeli nie będzie spowolnienia gospodarczego, będą w jeszcze lepszym stanie niż obecnie. Jednak obawiam się, że w roku 2009 inflacja w Polsce będzie już zdecydowanie za wysoka, żeby do strefy euro wstąpić. Zduszenie inflacji jest bolesnym procesem, który dość długo trwa i który niestety trzeba chyba będzie zaczynać na nowo.
Czy Pana zdaniem Polska ma jeszcze szansę na wykorzystanie sprzyjającej koniunktury w celu reformy finansów publicznych? Czy też w tej kadencji Sejmu już więcej nic dobrego dla naszej gospodarki politycy nie zdołają zrobić?
– Oczywiście, zakładając, że ta kadencja nie zakończy się za parę tygodni – można wiele zrobić, choćby wracając do pakietów Kluski i wszelkich szumnych zapowiedzi odbiurokratyzowania gospodarki, ułatwienia prowadzenia działalności gospodarczej. To wszystko wcale nie musi wiele kosztować. Gdyby była wola, prawdziwa wola, gdyby to interesowało polityków, to dawno już cała rzecz mogłaby być załatwiona. To nie wymaga wyrzeczeń ani wykładania dużych pieniędzy, wystarczy dobra wola. A tego do tej pory nie było. Być może w którymś momencie się pojawi. Kto wie, może właśnie wizja wyborów spowoduje, że raptem zacznie się zabieganie nie tylko o głosy tych, którzy dostają transfery z pomocy społecznej, ale również większych i drobnych przedsiębiorców, których w Polsce mamy – wraz z rodzinami – kilka milionów.
Jeżeli chodzi o finanse publiczne, to niestety uważam, że czas, w którym można było coś ważnego zrobić, po prostu przeminął. Nie tylko ten rząd, ale również poprzednie nie wykorzystały szansy. Jednak znacznie większą winę niż premierzy i rządy ponoszą partie polityczne i posłowie poprzedniej i obecnej kadencji… Były przecież dobre warunki, rodzaj społecznego przyzwolenia na przeprowadzenie trudnych reform. To przyzwolenie już minęło. Dzisiaj ludzie widzą rosnącą gospodarkę i na propozycję zaciskania pasa odpowiadają – „nie chcemy!”. Zamiast tego domagają się więcej pieniędzy – przecież premier i ministrowie cały czas mówią o tym, że jest tak świetnie. Atmosfera przydatna dla poważniejszych reform, którą można było w Polsce wykorzystać, niestety na jakiś czas wygasła. W tej chwili pojawiają się roszczenia – to wszystko spowoduje, że sytuacja naszego budżetu w perspektywie najbliższych kilku lat będzie się stopniowo pogarszać, a nie polepszać.
W tej sytuacji można mówić, że kolejny kryzys może taką atmosferę wygenerować. To jest nieszczęście…
– To jest nieszczęście, ale prawda jest taka, że trudno znaleźć przypadek kraju, w którym radykalne reformy byłyby przeprowadzone w momencie, kiedy nie ma poczucia zagrożenia. Tak naprawdę to polityków i społeczeństwo udaje się zmobilizować i akceptację dla reform uzyskać właśnie wtedy, kiedy istnieje poczucie jakiegoś zagrożenia. Kiedy wszystko idzie znakomicie, trudno od ludzi oczekiwać, żeby powiedzieli: „tak, chcemy zaciśnięcia pasa”. Po co oszczędzać, skoro minister Gilowska mówi, że jest wspaniale... Spór polityczny może być co najwyżej o to, czy zwiększyć wydatki o dziesięć procent, czy tylko o pięć… Ktoś, kto zaproponuje, aby w tym momencie wydatki zmniejszać albo powstrzymać ich wzrost – zostanie uznany przez polityków za wariata.
Jakie są główne zagrożenia utrzymania wysokiej dynamiki wzrostu gospodarczego w perspektywie przyszłego roku. Czy powinniśmy brać pod uwagę wizję spowolnienia gospodarczego?
– W perspektywie roku nie widzę żadnych poważniejszych zagrożeń, chyba że meteoryt uderzy w Ziemię lub wybuchnie trzecia wojna światowa. Ale odkładając na bok takie katastroficzne scenariusze, w polskiej gospodarce nie widzę żadnych poważniejszych zagrożeń, które mogłyby spowodować, iż już w roku 2008 mielibyśmy do czynienia ze spowolnieniem gospodarczym. To oczywiście nie znaczy, że tempo wzrostu PKB z okresu na okres musi się zwiększać. Może być ono nieco niższe za rok niż dziś, ale pozostanie wysokie. Natomiast jedynym problem, który moim zdaniem pojawi się w roku 2008, jest to, że temu wysokiemu tempu wzrostu będzie towarzyszyć narastające zaniepokojenie inflacją, wzrostem deficytu handlowego, deficytu obrotów bieżących, rosnącymi stopami procentowymi. Za kilka lat spowolnienie jest jednak nieuniknione.
Jak w tej sytuacji odnieść się do tendencji spadku wskaźnika koniunktury bankowej PENGAB? To niepokoi wielu ekspertów…
– Trzeba zachować spokój. To, że gospodarka się szybko rozwija, nie oznacza, że każdy sektor ma równie korzystne warunki. Powiedziałem o tym, że w roku 2008 wzrostowi będzie towarzyszyć rosnące zaniepokojenie inflacją i perspektywą podwyżek stóp procentowych – a to wystarczy, żeby sektor bankowy już nie uważał tego roku za tak idealny jak bieżący. W którymś momencie dynamika wzrostu, która póki co przyspiesza, może się zatrzymać. Kredyty będą przyrastać, ale wolniej. Jednak to cały czas oznacza, że jesteśmy w rosnącej gospodarce. Ale mija już ten okres beztroski, kiedy można było zakładać, że to, co widzieliśmy w kwietniu, jest niczym w porównaniu z tym, co zobaczymy w maju, a to, co zobaczymy w maju, jest niczym w porównaniu z cudami, które nas oczekują w czerwcu. Spadający PENGAB może być jednym z sygnałów właśnie tego, że wchodzimy w fazę wzrostu, który już nie będzie tak beztroski. On nadal będzie trwać, natomiast będzie coraz więcej widocznych zagrożeń, które prędzej czy później zaczną być bardziej realne, choć chwilowo tylko majaczą gdzieś daleko na horyzoncie.
W świecie ekonomistów uznaje się Pana za entuzjastę piłki nożnej. Czy ten rząd potrafi zrealizować wizję sukcesu, która towarzyszyła ogłoszeniu decyzji o organizacji EURO 2012 w Polsce i na Ukrainie?
– Cóż, mamy przynajmniej trzy poziomy możliwego „sukcesu”. Po pierwsze może być pełny sukces, czyli wszystko wybudowane na czas, wszystko zrobione, impreza która zapisuje się w historii jako bardzo dobrze zorganizowana, doskonale przygotowana – no i oczywiście Polska zostaje mistrzem Europy… Drugi poziom jest taki: imprezę się udaje zorganizować, wszystko jest mniej więcej gotowe na czas, natomiast impreza jest nieudana, przechodzi do pamięci, jako chaotyczna i źle zorganizowana. Niższy jeszcze poziom jest taki, że udaje się zrobić tylko pewne minimum tego, co jest potrzebne, żeby nie odebrano nam prawa do organizacji mistrzostw. Powstają zatem stadiony, ale nie powstają drogi dojazdowe, kibice tłoczą się w korkach, wszyscy są wściekli, impreza się odbywa, ale wszyscy wolą o niej jak najszybciej zapomnieć. Poniżej tego jest już tylko poziom katastrofy – czyli sytuacja, w której UEFA w ogóle odbiera Polsce prawo do organizacji. Takiego scenariusza niestety też nie można wykluczyć. Sprawa nie dotyczy jedynie tego rządu, lecz wszystkich, które będą rządzić w Polsce w ciągu najbliższych dwóch lat, bo to jest okres decydujący. Jeśli coś zostanie spaprane w ciągu najbliższych dwóch lat, to już nie da się tego nadgonić – będzie katastrofa. Jeśli przynajmniej minimum niezbędnych działań nie zostanie podjęte w ciągu najbliższego roku, to prawdopodobieństwo odebrania nam organizacji zaczyna wzrastać do dziewięćdziesięciu procent. Nie chodzi tu tylko o rząd, ale o całe rzesze urzędników, którzy muszą swoją pracę wykonać. Dzisiaj trudno jest ocenić, czy polskie urzędy – od lokalnych, których decyzje są często niezbędne do tego, żeby mogły ruszyć budowy, aż do ministrów i premierów włącznie – będą w stanie wywiązać się z tego, co powinny zrobić i na jakim poziomie.
Osobiście nie ukrywam, że należę w tym momencie do pesymistów, ale nie skrajnych. Myślę, że uda nam się osiągnąć ten minimalny, najniższy szczebel, nikt nam nie odbierze organizacji, natomiast do dumy będzie bardzo, bardzo daleko, bo większości rzeczy, które naobiecywaliśmy, nie uda się zrobić na czas. Liczę na jakiś rodzaj mobilizacji. Natomiast nie ukrywam, iż wymaga to bardzo radykalnej poprawy funkcjonowania tych instytucji, które są odpowiedzialne za realizację EURO 2012. Niestety mam czarne przekonanie, że parę miesięcy, które już minęły, w znacznej mierze zmarnowano.
Rozmowa z prof. dr. hab. Witoldem Orłowskim, głównym doradcą ekonomicznym PricewaterhouseCoopers, współzałożycielem i dyrektorem Niezależnego Ośrodka Badań Ekonomicznych NOBE, dyrektorem Szkoły Biznesu Politechniki Warszawskiej
Rozmawiał: Janusz Grobicki
Wróć do czytelni