Czytelnia Kiosk24.pl

Księża w służbie bezpieki (numer 2/2006)

Myśl.pl | 02 sierpień 2006


Myśl.pl

Zamów prenumeratę tego tytułu

* Pokazana okładka tytułu jest aktualną okładką tytułu Myśl.pl. Kiosk24.pl nie gwarantuje, że czytany artykuł pochodzi z numeru, którego okładka jest prezentowana.

Wydawać by się mogło, że epoka zmasowanego ataku na duchownych Kościoła Katolickiego jest już za nami. Nic bardziej mylnego... ona nadal trwa. Obecnie w jeszcze bardziej wysublimowany sposób niż kiedykolwiek dotąd dokonuje się rozdzieranie Wspólnoty Kościoła. Dokonuje się to poprzez oddziaływanie medialne, stwarzanie sytuacji "światopoglądowej poprawności", w której trzeba "tolerować" nawet przeczące Ewangelii Jezusa Chrystusa postawy.

Nie jest to jawny atak z czasów PRL-u, który w zasadzie był pewną oczywistością i nikt nie miał wątpliwości z czym i z kim przychodzi się mierzyć. Teraz sytuacja jest o wiele bardziej skomplikowana. Niby to wszyscy chcą dobrze, a jednak... niektórzy chyba chcą "zbyt dobrze”. Wszelkie próby, zwanego przez niektóre media "konserwatywnego” postrzegania rzeczywistości, są najczęściej w niewybredny sposób wykpiwane. Próbuje się też odsunąć Wspólnotę Kościoła od kwestii społecznych wskazując, że najlepiej dla wszystkich będzie, jeżeli katolicy zajmą się modlitwą, a nie przemienianiem otaczającego nas świata na "zabobonny ciemnogród”.

Aby lepiej zrozumieć fenomen obecnej sytuacji Kościoła Katolickiego w Polsce należy cofnąć się do lat czterdziestych ubiegłego stulecia, kiedy to mało liczni, aczkolwiek zagorzali polscy aktywiści komunistyczni, przy znaczącym wsparciu sowieckim, rozpoczęli walkę o "zarastanie trawą dróg wiodących do kościołów”. Warto choćby w syntetyczny sposób przedstawić ich taktykę.

Demony przeszłości - czyli założenia komunistów i ich działania wobec Kościoła

Polityka władz PRL-u wobec Kościoła Katolickiego od 1944 roku zmieniała się w zależności od bieżącej sytuacji i koniunktury politycznej. Początkowo bowiem komuniści polscy nie czując się pewnie nie chcieli wywoływać spektakularnych konfliktów z Kościołem. Jego pozycja i prestiż moralny po zawierusze II wojny światowej znacząco wzrosły w społeczeństwie polskim i dla komunistów stanowiło to znaczący probierz w podejmowaniu restrykcyjnych działań. Nie oznaczało to jednak braku inicjatyw w tym kierunku. Wszystko czyniono jednak z rozwagą i bez zbędnego pośpiechu. Były nawet "gesty dobrej woli”. Na przykład wyłączenie ziemskich majątków kościelnych (tzw. dóbr martwej ręki) z przeprowadzanej od września 1944 roku reformy rolnej. Wyrażono też zgodę na nauczanie religii w szkołach państwowych i wydawanie prasy katolickiej. Pierwszą uczelnią wyższą, która rozpoczęła działalność w roku akademickim 1944-1945 był Katolicki Uniwersytet Lubelski (KUL), który 2 sierpnia 1944 roku uzyskał zgodę PKWN-u na rozpoczęcie działalności uczelnianej (było to w krótkim czasie po wyzwoleniu Lublina). Zdarzało się także, że "elita rządowa” uczestniczyła w uroczystych celebracjach liturgicznych, tak jak na przykład 14 kwietnia 1946 roku w Szczecinie. Bolesław Bierut, Michał Rola-Żymierski, Edward Osóbka-Morawski i Stanisław Mikołajczyk wzięli wówczas udział we mszy św. przy okazji ogólnopolskiego zlotu "Trzymamy straż nad Odrą”. Również w 1946 roku przedstawiciele władz uczestniczyli w uroczystej procesji z okazji Bożego Ciała w Warszawie.

Te "gesty dobrej woli” nie przeszkadzały jednak poszukać pretekstów do rozwiązania konkordatu Rzeczpospolitej Polskiej ze Stolicą Apostolską z 1925 roku. Jako główny powód podano obsadzenie niemieckimi administratorami stolic biskupich diecezji chełmińskiej i gnieźnieńsko-poznańskiej. Nie wdając się w szczegóły prawne (odsyłam do literatury fachowej), stwierdzenie zawarte w Uchwale Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej w sprawie konkordatu z dnia 12 września 1945 roku: "Rząd Polski stwierdza, że konkordat zawarty pomiędzy Rzeczpospolitą Polską a Stolicą Apostolską przestał obowiązywać wskutek jednostronnego zerwania go przez Stolicę Apostolską aktami prawnymi w czasie okupacji, sprzecznymi z jego postanowieniami” należy uznać za absurdalne. Samo uznanie okupacji Polski za sytuację "normalną” wskazuje na niski poziom intelektualny członków TRJN. O pokrętnej "logice myślenia” świadczyć może fakt, że w tym samym "akcie prawnym” zaprzeczyli oni sami sobie. Uchwała TRJN z 12 września 1945 r. bowiem nie uznała także ustanowienia nowych polskich administratorów apostolskich na terenach tak zwanych Ziem Odzyskanych. Prymas Polski ks. kardynał August Hlond (1) ustanowił dla tych terenów pięciu administratorów apostolskich. Na mocy specjalnych uprawnień Stolicy Apostolskiej rozpoczął reorganizację administracji kościelnej na terenach powojennej Polski. Dnia 15 sierpnia 1945 roku ustanowił polskich administratorów apostolskich dla administracji apostolskich w Gorzowie, Wrocławiu, Opolu, diecezji warmińskiej i diecezji gdańskiej. Tym samym pozbawił jurysdykcji tych administratorów jednostek administracji kościelnej, którzy nie byli Polakami! Tak więc w świetle zestawienia powyższych faktów Uchwała TRJN z 12 września 1945 r. sama w sobie była niedorzeczna. Z jednej strony zrywano konkordat z powodu obsadzenia biskupstw administratorami niemieckimi, a z drugiej nie uznano powojennych administratorów polskich. Episkopat Polski 15 września 1946 roku odniósł się także do tej sprawy w "Memoriale Episkopatu Polski do prezydenta Krajowej Rady Narodowej Bolesława Bieruta w sprawie normalizacji stosunków Kościoła i państwa”.

Jawny konflikt władz komunistycznych z Kościołem zapoczątkowała jednak sprawa Listu Pasterskiego Episkopatu Polski skierowanego do wiernych jesienią 1945 roku. Episkopat, który obradował na Jasnej Górze w liście tym zaprotestował przeciwko indoktrynacji młodzieży w myśl idei ateizmu, gwałceniu przez państwo religijnego charakteru świąt i niedziel, a także znaczącemu ograniczaniu przezeń swobody obywateli i nasilającej się praktyki cenzury. List ten stał się przedmiotem obrad Biura Politycznego KC PPR w dniu 1 października 1947 roku. Natomiast dwa tygodnie później, w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego odbyła się pierwsza krajowa odprawa tak zwanego "aktywu kierowniczego”, która miała wyznaczyć linię działania władz komunistycznych wobec Kościoła Katolickiego i hierarchii kościelnej w "naszej” Ludowej Ojczyźnie. W zasadzie odprawę tę, jak i wiele innych "odpraw” komunistów, nazwać można by było "naradą zbójców”. Generał Stanisław Radkiewicz, tak zwany minister bezpieczeństwa publicznego, otwierając spotkanie tak zaproponował zagwarantowanie bezpieczeństwa obywateli polskich, którzy byli duchownymi: "Trzeba bić takiego wroga jak kler. Mamy bowiem do czynienia z przeciwnikiem najbardziej wyrafinowanym, najlepiej umiejącym posługiwać się podstępem(...)”. Następnie płk UB Julia Brystygier (2) wygłosiła płomienny referat zatytułowany "Ofensywa kleru a nasze działania”. Wyłuszczyła w nim główne założenia i taktykę działań komunistów wobec księży: inwigilacja, ograniczenie ich wpływu na organizacje młodzieżowe (przede wszystkim ZHP), "rozpracowywanie” Kościoła zarówno w sferze Jego organizacji, jak i życia wewnętrznego (dotyczyć to miało zarówno kleru diecezjalnego, jak i zakonnego), "rozpracowywanie” prefektów szkolnych (czyli katechetów) za pomocą agentury młodzieżowej, przeciwdziałanie rozszerzaniu się prasy katolickiej jako ostoi "ducha wrogości i organizatora elementów zacofanych”.

Na realizację przedstawionej powyżej w skrócie linii komunistów wobec Kościoła Katolickiego nie trzeba było długo czekać. "Pierwsze starcie” (jak często w historii Kościoła polskiego określa się okres lat 1947-1950) było dla Kościoła czasem bardzo trudnym. Władze poprzez swoje agendy, a szczególnie UB, pieczołowicie realizowały "świetlany program komunizacji kraju i społeczeństwa” i jak tylko mogły utrudniały życie księżom, a przez to normalne funkcjonowanie Wspólnoty Kościoła.

Na domiar złego 22 października 1948 roku zmarł po krótkiej chorobie ks. prymas August Hlond cieszący się wielkim autorytetem wśród członków Episkopatu Polski. Podpisanie 16 listopada przez Piusa XII bulli nominującej biskupa lubelskiego Stefana Wyszyńskiego na Prymasa Polski nie wzbudzało zapewne entuzjazmu wśród komunistów. Ks. bp Wyszyński miał wówczas tylko 47 lat i znany był jako "stronnik Hlonda”.

Komuniści nie czuli się pewni swego. W połowie marca 1949 roku Władysław Wolski już jako minister administracji publicznej przekazał ks. bp. Zygmuntowi Choromańskiemu (Sekretarzowi Episkopatu Polski) oświadczenie (najprawdopodobniej autorstwa Jakuba Bermana), w którego treści odnajdujemy między innymi: "Część hierarchii kościelnej usiłuje poprzez listy pasterskie i poufne instrukcje wywołać stan zaniepokojenia i podniecenia umysłów z powodu rzekomego zagrożenia religii, bez żadnych ku temu istotnych podstaw. Często zdarzają się wypadki, kiedy księża patronują, a nawet wręcz współdziałają z różnymi przestępczymi i antypaństwowymi grupami, które są agenturą anglo-amerykańskiego imperializmu. Fakty te nie spotkały się ani z potępieniem, ani z należytym odporem ze strony hierarchii kościelnej i kierowanej przez nią prasy katolickiej.” Jak wynika z powyższych słów komuniści zdawali sobie sprawę z potęgi ich "ideologicznego wroga”.

Zaledwie w kilka dni po powrocie Bolesława Bieruta z Moskwy (gdzie odbierał instrukcje od swego mocodawcy Józefa Stalina) ukazał się sarkastycznie nazwany "Dekret o ochronie wolności sumienia i wyznania” z 5 sierpnia 1949 roku. Znacząca część zawartych w nim przepisów bowiem raczej utrudniała działalność Kościoła i służyła podejmowaniu represji wobec duchowieństwa. W art. 1 zaznaczono: "Rzeczpospolita Polska poręcza wszystkim obywatelom wolność sumienia i wyznania”. Jednak już art. 8 par. 1 brzmiał: "Kto nadużywa wolności wyznania i sumienia w celach wrogich ustrojowi Rzeczypospolitej Polskiej - podlega karze więzienia od lat trzech”. Paragraf 2 tegoż artykułu brzmiał: "Kto czyni przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w par. 1 - podlega karze więzienia”. Cóż... jeżeli ktoś właściwie rozumiał Ewangelie mógł narazić się na karę więzienia. Ze swojej istoty nauka Jezusa Chrystusa była "wroga” ustrojowi ówczesnej Rzeczpospolitej Polskiej. Kapłan zaś, który przygotowywał homilię na przykład na temat prawdy, zapewne czynił przygotowania do popełnienia przestępstwa określonego w par. 1 art. 8 "Dekretu o ochronie wolności sumienia i wyznania”.

Komuniści dążyli także do utworzenia takich organizacji, które miały na celu rozbicie jedności polskiego kleru. We wrześniu 1949 roku rozpoczął też swoją działalność powołany przy ZBoWiD ruch tak zwanych księży patriotów. Około 40 "księży - patriotów” (3) uczestniczyło już w pierwszym zjeździe ZBoWiD-u, który odbył się w auli Politechniki Warszawskiej w dniach 1-2 września 1949 roku. Obok ZBoWiD-u, pseudo-organizacją pacyfistyczną, która skupiała "praworządnych księży” był Polski Komitet Obrońców Pokoju, który nie odegrał jednak większego znaczenia w tym względzie.

W tym też czasie władze państwowe, a przede wszystkim hierarchowie Kościoła żyjący w ciągłym napięciu dążyli do uzyskania choćby namiastki jakiegoś aktu prawnego, który mógłby stanowić punkt odniesienia dla kształtowania stosunków państwo - Kościół w Polsce Ludowej. Powołano w tym celu Komisję Mieszaną, w skład której wchodzili przedstawiciele władz państwowych i Episkopatu. Komisja ta rozpoczęła pracę 5 sierpnia 1949 roku. Ze strony państwa udział w pracach Komisji brali: minister Władysław Wolski, zastępca członka Biura Politycznego Franciszek Mazur i wiceminister obrony narodowej Edward Ochab. Ze strony Episkopatu w obradach Komisji uczestniczyli biskupi o raczej pojednawczej postawie wobec komunistów: Zygmunt Choromański, Michał Klepacz i Tadeusz Zakrzewski. Znaczenie propagandowe zapoczątkowanych obrad było dla komunistów ogromne. Efektem prac Komisji Mieszanej rządu i Episkopatu było podpisanie 14 kwietnia 1950 roku "Porozumienia między przedstawicielami rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Episkopatu Polski”. Porozumienie to pozornie gwarantowało swobodę działania Kościoła. Wzbudziło także wątpliwości Stolicy Apostolskiej co do intencji Episkopatu Polski. Dopiero wizyta biskupów polskich na czele z ks. prymasem Wyszyńskim w Watykanie w kwietniu 1951 roku rozwiała te wątpliwości.

Jednak jak na ironię dopiero po podpisaniu "Porozumienia” Kościół w Polsce przeżywał najtrudniejsze chwile. Nastąpił tak zwany okres "milczącego Kościoła” trwający od 1950 do 1956 roku. W tym czasie komuniści dokonali ogromnych spustoszeń w zakresie życia Kościoła w Polsce. Rugowano religię ze szkół, zamykano niższe seminaria duchowne. Pod różnymi pretekstami dokonywano aresztowań wielu księży i biskupów. Miedzy innymi biskupów: Stanisława Adamskiego, Herberta Bednorza, Juliusza Bieńka, Czesława Kaczmarka.

Ponadto wywoływano różnego rodzaju afery przeciwko księżom, jak choćby najbardziej spektakularna "afera księży kurii krakowskiej” (4), w której to księża zostali oskarżeni o pijaństwo, posiadanie dolarów (5) (które przeznaczone były na działalność Caritasu), współdziałanie z "bandami” i działalność szpiegowską na rzecz (UWAGA!!!) Watykanu i USA.

Władze komunistyczne postanowiły bezpośrednio ingerować w obsadzanie stanowisk kościelnych, co wyraziły w "Dekrecie Rady Państwa o obsadzaniu stanowisk kościelnych” z dnia 10 lutego 1953 roku. Art. 2 tego dekretu stanowił: "Tworzenie, przekształcanie i znoszenie duchownych stanowisk kościelnych oraz zmiana zakresu ich działania wymaga uprzedniej zgody właściwych organów państwowych”. Wyraźny sprzeciw wobec tego dekretu wyraził Episkopat wydając "Memoriał Episkopatu Polski do Rady Ministrów” z dnia 8 maja 1953 roku zwanym też "Non possumus”. W "nagrodę”, dnia 22 września 1953 roku ówczesne władze Polski Ludowej nakazały uwięzienie samego Prymasa Polski ks. kardynała Stefana Wyszyńskiego i ks. bp. Antoniego Baraniaka (6).

Kolejnym ciosem była likwidacja wielu szkół i zakładów wychowawczych prowadzonych przez Kościół. Wielu duchownych i sióstr zakonnych zostało bezprawnie pozbawionych nie tylko majątków należących do zgromadzeń zakonnych, ale i możliwości realizowania swojego posłannictwa.

Cios zadano także szkolnictwu wyższemu. Zlikwidowano w 1954 roku wydziały teologiczne na Uniwersytecie Warszawskim i Uniwersytecie Jagiellońskim, a powołano do istnienia Akademię Teologii Katolickiej w Warszawie pod kierunkiem ludzi związanych ze środowiskiem PAX-owskim. Wcześniej, bo w roku 1952, władze nakazały pod pretekstem posiadania dewiz aresztowanie ks. prof. Antoniego Słomkowskiego - ówczesnego rektora KUL-u (7).

Prasa katolicka nie mogła przebrnąć przez problemy związane z cenzurą, przydziałami papieru i kolportażem. W zasadzie doprowadziło to do zawieszenia wydawania wielu tytułów prasy katolickiej, a także bezpośredniej ingerencji cenzury w ukazujące się pomimo wszelkich przeciwności publikacje. Zakazywano też publicznych zgromadzeń religijnych i prześladowano katolików świeckich. W sposób szczególny zajęto się indoktrynacją dzieci i młodzieży w duchu marksistowsko-leninowskiego materializmu, który miał im "wybić z głowy” odwoływanie się w swoim życiu do jakiegokolwiek "religijnego wstecznictwa”.

Po śmierci Stalina w marcu 1956 roku sytuacja się zmieniła. W październiku 1956 roku powrócił do Warszawy owacyjnie witany przez wiernych ks. prymas Stefan Wyszyński. Nowy I Sekretarz PZPR Władysław Gomułka zgodził się na ustępstwa.

Później miały miejsce obchody trzechsetlecia ślubów lwowskich Jana Kazimierza w roku 1956. Władze czyniły wszystko, aby obchody te zubożyć. Stwarzano kłopoty natury formalnej (mnożono wymogi odnośnie zagwarantowania bezpieczeństwa pielgrzymów) i praktycznej (na przykład utrudniano przejazd pielgrzymów na Jasną Górę). Uniemożliwiono następnie wielu biskupom polskim wyjazd na obrady II Soboru Watykańskiego (8). Oburzenie PZPR-owców wywołało "Orędzie biskupów polskich do ich niemieckich braci w Chrystusowym urzędzie pasterskim” z 18 listopada 1965 roku. W kolejnych latach rozgorzała cała batalia propagandowa o obchody uroczystości Tysiąclecia Chrztu Polski i ostatecznie odmówienie przez komunistyczne władze możliwości przybycia z tej okazji do Polski papieża Pawła VI...

Wydarzenia lat 1968-1970 nieco osłabiły inicjatywy zwalczania Kościoła przez państwo, co nie oznacza ich zaprzestania.

Niewątpliwym sukcesem Kościoła w Polsce była przeprowadzona w roku 1972 reforma organizacji administracji kościelnej. Była ona możliwa dzięki ratyfikowaniu przez parlament RFN układu grudniowego w 1970 roku o nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej. Papież Paweł VI mocą specjalnej bulli utworzył wtedy w miejsce dotychczasowych administratur apostolskich archidiecezję wrocławską oraz diecezje: opolską, gorzowską, szczecińsko-kamieńską, koszalińsko-kołobrzeską i warmińską.

Władze komunistyczne starały się następnie nawet o nawiązanie stosunków dyplomatycznych z Watykanem z pominięciem Episkopatu Polski! Jednak stanowcza postawa biskupów polskich spowodowała, że bez udziału Episkopatu takie rozmowy odbywać się nie mogły.

Nadal trwała jednak inwigilacja. Rozbudowywano aparat mający na celu utrudnianie życia zarówno duchowieństwu, jak i wiernym katolikom świeckim. W wiele spraw państwo nadal ingerowało poprzez swoje agendy. Wszechobecne Urzędy do spraw Wyznań łaskawie udzielały swoich pozwoleń bądź też nie. Zabraniano pielgrzymek, "rozpędzano nielegalne zgromadzenia”, nie wydawano latami pozwoleń na budowę świątyń katolickich, a często nawet na ich renowację.

Gdy 16 października 1978 roku na Stolicę Piotrową wybrano kardynała Karola Wojtyłę niektórzy komuniści cieszyli się, że nie będzie z nim problemu w Polsce. Jak się okazało dopiero jako Jan Paweł II przysporzył komunistom prawdziwych kłopotów. W narodzie obudził się z nową siłą ruch niepodległościowy, który doprowadził do ważkich dla naszej Ojczyzny wydarzeń początku lat 80-tych. I nawet stan wojenny, aresztowania wielu działaczy "NSZZ Solidarność”, i duchownych nie zgasiły ducha powiewu wolności.

Aparat tak zwanego "bezpieczeństwa” w Polsce Ludowej jednak działał nadal, czego dowodem są choćby zaplanowane i przeprowadzone morderstwa na kapłanach katolickich ks. Jerzym Popiełuszce (+1984), ks. Sylwestrze Zychu (+1989) czy ks. Stanisławie Suchowolcu (+1989). Tych dwóch ostatnich zamordowali oczywiście "nieznani sprawcy”. Zapewne w pierwszym przypadku także sprawcy pozostaliby "nieznani”, gdyby nie ucieczka kierowcy ks. Popiełuszki.

Tak czy inaczej do początku lat 90-tych jak się okazuje w sposób urzędowy inwigilowano jeszcze polskie duchowieństwo i środowiska katolików świeckich. Czy warto się nad tym jeszcze rozwodzić? Czy można odnaleźć jakieś podobieństwo mechanizmów działania komunistów również we współczesności? Czytelnik sam rozsądzi...

Współczesne uderzenie w Kościół na płaszczyźnie medialnej

Ostatnie kilkanaście lat obfituje w przejawy przede wszystkim medialnego ataku na Kościół. Naturalnie nikt tego nie formalizuje, jak to czyniono w PRL-u. Zdaje się jednak, że samo zjawisko nie jest dziełem przypadku. Komuś musi zależeć na tym, aby osłabić zaufanie wobec duchowieństwa, a tym samym sprawić, by społeczeństwo "krytycznie” oceniało jego postawę.

Popularne stały się skandale z udziałem przedstawicieli kleru. Napiętnuje się w imię "dbania o dobre obyczaje” tak jak w PRL-u: pijaństwo księży, niemoralne prowadzenie się, chęć zysku. Jeśli tylko uda się "przyłapać” duchownego na jakimś czynie nagannym natychmiast rozpisują się o tym z lubością dzienniki, tygodniki, gazety, podaje taką informację radio i telewizja. Czyni się z takiej wiadomości jedną z głównych informacji dnia. Jeżeli dojdzie do nadużycia prawa i biorą w tym czynny udział duchowni natychmiast w mediach wykorzystuje się takie wydarzenia. Asortyment zarzutów jest tak szeroki, jak niezmierzone mogą być ludzkie występki. Stąd też tego typu ataki są w zasadzie nie do uniknięcia z tej prostej przyczyny, że człowiek jest istotą grzeszną. Nikt rozsądny nie zaprzeczy przecież, że i przedstawiciele duchowieństwa popełniają błędy i doświadczają grzechów. Należy jednak rzetelnie oceniać skalę poszczególnych problemów, a tego nasze polskie media nie czynią. Nadają bowiem pęd jakiejś sprawie, ale gdy trzeba prześledzić jej przebieg do końca, wielu dziennikarzy nie odnajduje już w sobie pokładów sił, aby pokusić się w swoich działaniach o ostateczne podsumowanie na łamach prasy, radia czy telewizji. Jest to oczywista manipulacja opinią społeczną! Orzeka się często: popełniono zło! - o karze czy zadośćuczynieniu już się nawet nie wspomina. Pozostawia to w ludziach wrażenie o popełnieniu jakiegoś nagannego moralnie czynu bez konsekwencji. Duchowni postrzegani są jako osoby "ponad prawem Boskim i ludzkim”. Jest to oczywiste kłamstwo!

Bardzo ciekawą formą manipulacji jest także wykorzystywanie w mediach uznawanych przez nie same "reprezentatywnych” dla całego Kościoła w Polsce postaci. Do ścisłej czołówki wykorzystywanych przez media w naszym kraju "autorytetów” spośród duchownych należy zaledwie kilku biskupów i kilku księży. Należałoby ich nazwać "dyżurnymi duchownymi”, bądź przynajmniej "pupilami” mediów. Jest to niezwykle zastanawiające zważywszy na fakt, że często wypowiadają się oni w sposób bardzo kontrowersyjny i niejednoznaczny. Czyżby pozostali biskupi i kapłani w Polsce byli mniej kompetentni w sprawach wiary i moralności niźli kilku duchownych "na telefon”? W Polskim Episkopacie, jak i w całym duchowieństwie z całą pewnością jest wielu światłych ludzi, z których duchowości, wiedzy i kompetencji należałoby skorzystać. Czy rzeczywiście tak trudno się z nimi skontaktować? W dobie współczesnego rozwoju komunikacji międzyludzkiej praktycznie tego typu problemy nie powinny istnieć. A zatem co? Być może powiedzieliby coś "niewygodnego”? Być może stwierdziliby, że jednak Dobra Nowina Jezusa Chrystusa nakazuje nam oceniać świat, w którym żyjemy, według zasady "tak - tak” i "nie - nie”. To się nie sprzeda... korzystniej dalej relatywizować rzeczywistość.

Powstaje tu także pewna sprzeczność. Z jednej strony bowiem piętnuje się nadużycia duchownych na przykład w sferze seksualnej, a z drugiej nagłaśnia się "tolerancję” wobec tak zwanych "mniejszości seksualnych” i walczy się z "homofobią”. W wielu przypadkach media podejmują próby uczynienia nie tylko z duchownych, ale i ze wszystkich Polaków, szczególnie katolików, ostoi "zacofania”. Najwyraźniej czytelny program moralności opartej o naukę Ewangelii nie jest obecnie w modzie. Oby tylko nie doszło do sytuacji, że trzeba się będzie wstydzić tego, że jest się heteroseksualistą, małżonkiem, żoną czy też duchownym żyjącym w celibacie.

Należy też postawić pytanie czy w imię "tolerancji” niektórzy politycy mają prawo do nadużywania gestów i słów na przykład naszego Wielkiego Rodaka - papieża Jana Pawła II. Taka postawa to oczywista kpina ze spraw dla wielu Polaków i patriotów bardzo ważnych! Czy można manipulować słowami obecnego papieża Benedykta XVI? W jednej z gazet na przykład na pierwszej stronie ze zdjęciem obecnego Namiestnika Chrystusowego ukazał się tytuł następującej treści: "Wskazał polskiemu duchowieństwu jak żyć!”. Czyżby polscy duchowni nie wiedzieli tego wcześniej? Czy rzeczywiście w przytłaczającej większości nie realizują swojego posłannictwa w sposób właściwy? Wcześniej ta sama gazeta powołując się na rzekomy wywiad z ordynariuszem toruńskim, ks. bp. Andrzejem Suskim rozpisywała się na temat największych wad polskiego kleru. Okazało się, że takiego wywiadu ks. biskup nie udzielił, a duchowni z diecezji toruńskiej zaprotestowali w tej sprawie. Sprostowania jednak na próżno było oczekiwać... kłamstwo nie zostało odwołane.

Zdaje się, że wiarygodność polskich (a może właśnie nie-polskich mediów) pozostawia wiele do życzenia. Otóż z samych przekazów medialnych można dowiedzieć się, że: sondaż dla TV "X” wykonała gazeta "Y”, a radio "F” jako najbardziej opiniotwórcze we współpracy z TV "G” dokonało podsumowania jakiegoś ważnego wydarzenia. Mało tego okazuje się, że doskonałe radio "D” współpracuje żywotnie zarówno z radiem "F”, TV "X”, TV "G”, jak i gazetą "Y”. Sytuacja ta przypomina rzeczywistość z czasów PRL-u. Wtedy to bowiem na przykład "Głos Ludu” czy "Zielony Sztandar” pisały to samo, choć może nieco inaczej, co "Trybuna Ludu”. Generalnie "rozmaitość” mediów nie musi oznaczać wielości opcji światopoglądowych. W większości naszych krajowych mediów, przynajmniej tych, które same nadały sobie status najbardziej opiniotwórczych, światopogląd jest w zasadzie ten sam, choć inaczej się go przemyca. Dotyczy to także odniesienia się do spraw wiary, moralności, Kościoła i duchownych.

Logika niektórych mediów jest prosta: ukazać duchowieństwo jako stadko sfrustrowanych, niedojrzałych emocjonalnie, rządnych sławy i pieniędzy ludzi, a wówczas społeczeństwo samo ich odtrąci. Wszak nie jest niczym nowym stwierdzenie, że kłamstwo wielokrotnie powtarzane staje się na tyle wiarygodne, iż może zostać uznane za "prawdę”. Ciekawe jakie są motywy takiego przedstawiania Polskiego Kościoła i jego cząstki jaką jest duchowieństwo. Czy jest to dążenie ku twórczemu rozwojowi i uszlachetnianiu ludzkiego życia? Czy jest to tylko pęd ku zaspokojeniu partykularnych interesów poszczególnych środowisk, które mają na celu swobodne manipulowanie ludzkimi sercami i umysłami, aby osiągać dla siebie jak największe korzyści?

Duchowieństwo nie musi obawiać się lustracji

W ostatnim czasie modne stało się rozliczanie przeszłości. Szkoda, że dopiero teraz stać nas na podjęcie się trudu zmierzenia się z minioną epoką. Nie obrażając nikogo odnosi się wrażenie, że poprzednim ekipom rządzącym bardzo zależało na tym, aby z przeszłością się nie rozliczyć. W 1992 roku "upadł” nawet rząd, który miał zamiar dokonania rozrachunku z osobami żywotnie zaangażowanymi w tworzenie "socjalistycznego raju” w naszej Ojczyźnie. Nie ma wątpliwości, że na przykład Czesi na takim rozliczeniu bardzo skorzystali - i to nie tylko moralnie, ale i gospodarczo. Nie pozwolono tam na rządy (w przeciwieństwie do naszego kraju) ekip rodem z socjalistycznej epoki. Nie pozwolono na malwersacje, przejmowanie za bezcen majątków państwowych i władztwo środowiskiem mediów. Spawa wszelkich rozliczeń staje się dla niektórych bardzo niewygodna. Tak zwana lustracja jest konieczna, jeżeli chcemy żyć w Polsce jako państwie, w którym możemy czuć się bezpiecznie. Potrzebna jest lustracja, aby można było prawdziwie z umiłowania Ojczyzny, dla jej dobra, realizować swoje obowiązki, rozwijać pasje i móc cieszyć się rozwojem naszego państwa i dobrobytem jego obywateli. Postawić należy jednak pytanie, czy sposób realizowania lustracji jest właściwy? Jaka winna być kolejność analizy zawartości archiwów IPN-u i innych zasobów archiwalnych? Czy nie powinno się na początku rozliczyć tych, którzy współtworzyli aparat bezpieczeństwa? Należy też nauczyć się rozróżniać pracowników UB, a później SB, agentów, oficerów operacyjnych od informatorów od niczego często nieświadomych, po prostu wypytywanych ludzi, którzy w zasadzie byli ofiarami działań bezpieki.

Problem ten w całej rozciągłości dotyczy także Kościoła i duchowieństwa. O tak zwanych księżach - patriotach było już wcześniej. Bez wątpienia negatywna ocena tego zjawiska z punktu widzenia moralności chrześcijańskiej jest w pełni uprawniona. W pewnym okresie było to zjawisko dla Kościoła uciążliwe i zapewne obciążające, ale generalnie mało szkodliwe, ponieważ jawne. Gorzej ma się sprawa z rozliczeniem tych duchownych, którzy nie deklarowali swojej współpracy z reżimem komunistycznym, a taką podejmowali. Naturalnie nasze media ostatnio nagłośniły sprawę lustracji w Kościele i stworzyły wokół tej sprawy klimat tajemniczości i rzekomego lęku duchowieństwa przed ujawnieniem "całej prawdy” o duchowieństwie. Komentarze często sprawiały wrażenie, jakby ich twórcy "słuchając nie słyszeli” jednak słów na przykład ks. kardynała Dziwisza, że rozliczenie z przeszłością nie może być dla nikogo krzywdzące.

Uczynienie przez niektóre media z lustracji kleru tematu zastępczego wobec innych środowisk, które powinny być lustrowane rozsądnego człowieka nie dziwi. Wszak trzeba jakoś odwrócić uwagę od tych, którzy najbardziej przysłużyli się komunizmowi w Polsce. Stara taktyka "bicia kleru” sprawdza się. Teraz wszyscy duchowni mogą być podejrzani o to, że donosili na swoich przełożonych, konfratrów i wiernych świeckich. Nie tędy droga!

Rozliczenie z przeszłością jest potrzebne, ale przeprowadzone w sposób odpowiedni i przez kompetentnych ludzi. Może sprawdziłby się następujący schemat: na początku rozliczyć należy pracowników bezpieki, ujawnić ich z imienia i nazwiska. Zweryfikować należy następnie czy zasłużyli na sowite wynagrodzenie z państwowej kasy za swoją działalność. Przestępstwa kryminalne, których dopuścili się ci ludzie wykonując swoją "pracę” należy ukarać i to bez zasady przedawnienia spraw. W dalszej kolejności trzeba by było ujawnić metody stosowane przez poszczególnych SB-ków. Następnie należałoby dopiero wskazać na tych duchownych, którzy rzeczywiście współpracowali ze służbami bezpieczeństwa, a nie tylko byli wzywani na tak zwane "rozmowy” i w zasadzie byli ofiarami systemu komunistycznego.

Dlaczego lustrację próbuje się przeprowadzić "od końca”? Zadziwiająca mentalność. Na początku próbuje się rozliczyć inwigilowanych, a nie inwigilujących. To tak, jakby chciano rozliczyć owce z tytułu tego, że bywają porywane i mordowane przez wilka. Czy nie jest to aby kolejna próba osłabienia autorytetu duchowieństwa? Z zadziwiającym zapałem liczni dziennikarze stają się rzecznikami "odsłonięcia prawdziwego oblicza kleru” z czasów PRL-u, a jakoś nie postulują "odsłonięcia prawdziwych oblicz” PRL-owskich aparatczyków, włodarzy i wykonawców antyludzkiej polityki rządów komunistów w naszej Ojczyźnie. Niektóre sprawy stają się hańbą polskiego sądownictwa. Nie ma winnych czerwcowych wydarzeń z 1956 roku, nie ma kary dla tych, którzy nakazali strzelać i tych, którzy strzelali do górników w kopalni "Wujek”, nie ma rozliczenia za stan wojenny i cierpienia tysięcy ludzi. Można by zapewne wyliczyć wiele innych wydarzeń i odwołać się choćby do współczesnych potężnych afer finansowych.

Z pewnością przytłaczająca część duchowieństwa nie musi obawiać się lustracji. Niech boją się ci, którzy mają sobie coś do wyrzucenia. Wielu spośród duchownych, którzy nie zachowali się godnie skorzysta zapewne z możliwości wyrażenia żalu za wyrządzone zło i podejmie trud choćby częściowego zadośćuczynienia. Należy jednak domniemywać, że sam problem nie ma jakiejś przeraźliwej skali i dlatego właśnie lustrację należy przeprowadzić w oparciu o rzetelne badania naukowe. Nie można wydawać pochopnych wyroków i skazywać niewinnych ludzi na moralny ostracyzm. Polscy dziennikarze powinni pamiętać o tym, że rzucając na kogoś cień podejrzenia często niszczą nie tylko ludzkie życie, ale i sprawiają, że ludzie młodzi, poszukujący autorytetów i punktów odniesienia dla własnych postaw są pozbawiani w sposób barbarzyński takiej możliwości.

Czy się to komuś podoba czy też nie, państwowość nasza kształtowała się wraz z umacnianiem się na naszych ziemiach chrześcijaństwa. Pozbawienie Polaków odniesienia się do wiary, chrześcijańskiej tradycji i moralności oraz szkalowanie Kościoła jako wspólnoty wierzących i instytucji nie przyczyni się do odbudowy naszej Ojczyzny po okresie sowieckiej okupacji.

Wiele faktów z naszej historii dowodzi, że właśnie dzięki Kościołowi nasza państwowość mogła przetrwać. Warto podkreślić także ogromne zasługi osób duchownych w tym zakresie. Dla wielu niestety Kościół i duchowieństwo stanowią bliżej nieokreślonego wroga czy konkurenta w walce o rząd dusz. Tak było i nadal jest w naszej Ojczyźnie. Dobrze jest jednak pamiętać, że "walka” z Kościołem i duchowieństwem to nie tylko "walka” z ludźmi. Ewangelie Jezusa Chrystusa trwają niezmienione od dwóch tysięcy lat. Kościół także. I może się ktoś nie zgadzać z nauką Jezusa, może głośno wyrażać swój sprzeciw, używać podstępów, oczerniać i przeprowadzać ideowe machinacje. Nowych Ewangelii Chrystusowych nie będzie, a Kościół nadal będzie strzegł depozytów wiary, sprawował sakramenty święte i dbał o zbawienie człowieka.

Jacek Brakowski

Przypisy:
(1) Ks. kardynał August Hlond urodził się w 1881 roku w Brzęczkowicach (dzielnica Mysłowic). Po ukończeniu nauki w gimnazjach salezjańskich w Valsalice i Lombriasco koło Turynu wstąpił w 1896 roku do Zgromadzenia Salezjańskiego. Jego konsekracja biskupia odbyła się w 1926 roku. Po śmierci kardynała E. Dalbora, został mianowany arcybiskupem gnieźnieńsko-poznańskim i Prymasem Polski, a w 1927 roku został kardynałem. Wraz z wybuchem II wojny światowej opuścił Polskę i pracował w Rzymie oraz Francji, informując świat o przebiegu i skutkach hitlerowskiej agresji na Polskę. Po zajęciu przez Niemców Francji wyjechał do benedyktyńskiego opactwa Hautecombe znajdującego się pod okupacją włoską. Został tam aresztowany przez gestapo w lutym 1944 roku i przewieziony do Wiedenbrück (Westfalia), skąd został uwolniony w kwietniu 1945 roku przez armię amerykańską. Następnie udał się do Paryża i do Rzymu, aby dnia 20 VII 1945 roku powrócić do Polski. Zmarł w Warszawie dnia 22 X 1948 roku.
(2) Urodzona w 1902 r. Była członkiem Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy, PPR, następnie PZPR. W latach 1945-1955 była dyrektorem V, a po przemianowaniu III Departamentu MBP. Od 1955 r. pełniła funkcję dyrektora Departamentu III ds. Bezpieczeństwa Publicznego, w którym to odpowiadała za walkę z Kościołem Katolickim. Zwolniona z MSW w 1956 r. Zmarła w 1975 r.
(3) W ciągu kilku następnych lat udało się komunistom tę liczbę znacząco zwiększyć. W wyniku różnorodnych działań: zastraszania, "wyławiania” księży mających coś "na sumieniu”, szantażu, przekupstwa, skupiono w tak zwanych Komisjach Księży przy ZBoWiD ok. 1000 kapłanów! Stanowiło to prawie 10% ogółu duchownych.
(4) Zapadły w tej sprawie zadziwiające swoją "sprawiedliwością” wyroki. Na przykład: ks. Józef Lelito został skazany na karę śmierci, ks. Franciszek Szymanek na karę dożywotniego więzienia, ks. Wit Brzycki na 15 lat więzienia.
(5) Władze same wydały ustawę zakazującą posiadania dewiz w październiku 1950 roku.
(6) Ks. biskup Antoni Baraniak (wcześniej Salezjanin) był osobistym sekretarzem ks. prymasa Augusta Hlonda. W chwili aresztowania był kierownikiem Sekretariatu Prymasa Polski. Później został mianowany arcybiskupem poznańskim.
(7) Faktycznym powodem aresztowania był brak jego zgody na zainstalowanie się na uczelni komunistycznej młodzieżówki Związku Młodzieży Polskiej.
(8) Władze wydały pozwolenia na wyjazd tylko 25 biskupom.

Wróć do czytelni